środa, 5 maja 2010
Maturalnie #1
Nie odzywaliśmy się wczoraj, bo czas bardzo naukowo-aktywnie spędzany wertując książki, doczytując streszczenia, narzekając na paskudę czającą się za oknem w postaci wzmożonych opadów deszczu, które skutkowały brzydką chlapą i wprawiały w raczej nieprzyjemny nastrój. Z uśmiechem wielkim i szerokim, acz nieco przyćmionym Borynami, którzy spoczywali na moich kolanach wspominam wycieczkę na nieznaną mi wcześniej ulicę Pohulanki, wycieczkę, kiedy zobaczyłem intrygujące, niepasujące do żadnego miejsca zielone domki, jak i utrzymaną w nostalgicznie wiejskim stylu połówkę domku z rozkosznymi niebieskimi okiennicami. Wycieczka obejmowała także Letnicę i stadion, który już niebawem, niebawem będzie stał, który już niebawem będzie szokował, czy bardziej szokować będzie może okolica, sąsiedztwo tego jakże reprezentacyjnego obiektu. Obejmowała i znane i lubiane miejsce pracy, gdzie pobrałem czarne długopisy, co abym miał czym pisać dziś, na maturalnym egzaminie z języka ojczystego składającym się z części dwóch. Dałem radę, mówiąc skrótowo, jako że nie chcę się rozwodzić na temat, który wałkowałem już dzisiaj i tak dużo za dużo. Jutro kontynuacja egzaminacyjnych męczarni, jutro apogeum, jutro potop umysłowy, przedmiotowy rodzynek, wyłamujący się z falangi humanistycznych przedmiotów - matematyka. Ostatnie tak banalnie skomplikowane zadania, które przyjdzie mi rozwiązać.. Ale nie mówię hop. Zagryzam wargę i oddaję się sennej regeneracji. Załączam pozdrowienia.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz