piątek, 28 maja 2010
Wracając z lotniska.
Po tygodniu w rowie, tydzień festiwalowo-filmowy, czyli od poniedziałku od rana do późnego wieczora przesiaduję na kinowej sali odciskując tyłek na welurowych siedziskach i zastanawiając się gdzie jeszcze umieścić nogi. Obejrzał mnóstwo Młodego Kina, jak i konkursowych produkcji.. Właściwie mam już serdecznie dość polskiego kina, zbliżeń na policzek, kciuk, muchę, scen heteroseksualnych gwałtów, cyckôw i bezkształtnych damskich pośladków.. Na szczęście filmowy festyn ma jutro koniec, udamy się na jakieś przemiłe ostatki, co aby jeden i drugi był piękny i gładki, zaliczamy Hey w ramach Neptunaliów i do domu, gdzie zamknęli nas na cztery spusty, bo ile można. tak obok siebie.. Odnośnie tytułu - tak, wracam z lotniska, bo Marka zawezwano do Kopenhagi, co aby oddać się wypełnianiu jakiegoś zawodowego obowiązku, tak to nazwać należy. Ja? Wracam na FPFF. Sam, no bo co robić..
wtorek, 18 maja 2010
Od wczoraj - w rowie!
Dobry wieczór!
Właśnie wróceni z szarej, ale niezwykle przyjemnej, alkoholowo-nastrojowej Jastarni, z której wracaliśmy przez Sopot Główny, gdzie zaliczyliśmy przemiłe spotkanie z naszą cudną koleżaneczką. Cudnie-pięknie, ale nogi mnie napierdalają, za przeproszeniem, od łażenia rekreacyjnego (krótkie wyjście do portu skończyło się całkiem obszernym spacerem), które dopełniliśmy poszukiwaniami pierogów ruskich. I tak polubiliśmy przydworcowy Społem, do teraz moje ciuszki pachną smażoną cebulką, a i w głowie pulsują mi obrazy wczorajszego popołudnia, wieczoru i dzisiejsze, nieco mniej ostre, przykryte mgłą ogólnego zmęczenia. A-ach, nie będę wiele wspominać o zakończonym wczoraj procesie, skończyłem tą okropną naukę, oddaję się nic-nie-robieniu, leżeniu w rowie, się alkoholizowaniu i pożytkowaniu czasu na tym, co przyjemne i naprawdę pożyteczne.
Z pozdrowieniami z obu męskich stron.
M.y
Właśnie wróceni z szarej, ale niezwykle przyjemnej, alkoholowo-nastrojowej Jastarni, z której wracaliśmy przez Sopot Główny, gdzie zaliczyliśmy przemiłe spotkanie z naszą cudną koleżaneczką. Cudnie-pięknie, ale nogi mnie napierdalają, za przeproszeniem, od łażenia rekreacyjnego (krótkie wyjście do portu skończyło się całkiem obszernym spacerem), które dopełniliśmy poszukiwaniami pierogów ruskich. I tak polubiliśmy przydworcowy Społem, do teraz moje ciuszki pachną smażoną cebulką, a i w głowie pulsują mi obrazy wczorajszego popołudnia, wieczoru i dzisiejsze, nieco mniej ostre, przykryte mgłą ogólnego zmęczenia. A-ach, nie będę wiele wspominać o zakończonym wczoraj procesie, skończyłem tą okropną naukę, oddaję się nic-nie-robieniu, leżeniu w rowie, się alkoholizowaniu i pożytkowaniu czasu na tym, co przyjemne i naprawdę pożyteczne.
Z pozdrowieniami z obu męskich stron.
M.y
niedziela, 9 maja 2010
Supersobota
...............a to było tak:
Pobudka w panice, bo przecież na 10 zajęcia. Twoja nauka, moje bieganie po centrum i ten spontan na dworcu.
W który pociąg wsiądziemy? Kościerzyna? Hel? Kraków? W tym krakowskim siedziało mi się najlepiej. Trochę żałuję, że nie pojechaliśmy...
Ale Hel też super. Naprawdę. Podróż przez malownicze pagórki, potem samym brzegiem morza... To taka Mała-Wielka przygoda!
Pobudka w panice, bo przecież na 10 zajęcia. Twoja nauka, moje bieganie po centrum i ten spontan na dworcu.
W który pociąg wsiądziemy? Kościerzyna? Hel? Kraków? W tym krakowskim siedziało mi się najlepiej. Trochę żałuję, że nie pojechaliśmy...
Ale Hel też super. Naprawdę. Podróż przez malownicze pagórki, potem samym brzegiem morza... To taka Mała-Wielka przygoda!
wannolot
Miałem pisać. I co? Chujow sto.
Na razie nie idzie mi najlepiej. Mam tremę, bo przecież czytasz Ty. Kurde. Serio. Boję się każdego słowa. Bo niby to, co we mnie opisać łatwo. Z drugiej strony czytelnicy. Czytacze, podglądacze. A może nikogo nie ma? Może jesteśmy tylko my? To tyle w temacie użalania się. Koniec.
Chciałem opisać weekend i zrobię to w stylu Memento. Czyli od końca. Ktoś pamięta?
Niedziela, godzina trzecia. siedzę w wannie. Ty się uczysz. Jesteśmy zmęczeni po dwóch dniach imprezy. było arcy fajnie. a dziś? Ta miła świadomość po przebudzeniu, że zjemy razem śniadanie. I to śniadanie ogromne, które właśnie rozsadza mi brzuszek. i śmiech z Niemców w Hotelu Zacisze. i poranny sklep, gdzie wszyscy wiedzą. i czas pomiędzy 11 a 13...
Na razie nie idzie mi najlepiej. Mam tremę, bo przecież czytasz Ty. Kurde. Serio. Boję się każdego słowa. Bo niby to, co we mnie opisać łatwo. Z drugiej strony czytelnicy. Czytacze, podglądacze. A może nikogo nie ma? Może jesteśmy tylko my? To tyle w temacie użalania się. Koniec.
Chciałem opisać weekend i zrobię to w stylu Memento. Czyli od końca. Ktoś pamięta?
Niedziela, godzina trzecia. siedzę w wannie. Ty się uczysz. Jesteśmy zmęczeni po dwóch dniach imprezy. było arcy fajnie. a dziś? Ta miła świadomość po przebudzeniu, że zjemy razem śniadanie. I to śniadanie ogromne, które właśnie rozsadza mi brzuszek. i śmiech z Niemców w Hotelu Zacisze. i poranny sklep, gdzie wszyscy wiedzą. i czas pomiędzy 11 a 13...
środa, 5 maja 2010
Maturalnie #1
Nie odzywaliśmy się wczoraj, bo czas bardzo naukowo-aktywnie spędzany wertując książki, doczytując streszczenia, narzekając na paskudę czającą się za oknem w postaci wzmożonych opadów deszczu, które skutkowały brzydką chlapą i wprawiały w raczej nieprzyjemny nastrój. Z uśmiechem wielkim i szerokim, acz nieco przyćmionym Borynami, którzy spoczywali na moich kolanach wspominam wycieczkę na nieznaną mi wcześniej ulicę Pohulanki, wycieczkę, kiedy zobaczyłem intrygujące, niepasujące do żadnego miejsca zielone domki, jak i utrzymaną w nostalgicznie wiejskim stylu połówkę domku z rozkosznymi niebieskimi okiennicami. Wycieczka obejmowała także Letnicę i stadion, który już niebawem, niebawem będzie stał, który już niebawem będzie szokował, czy bardziej szokować będzie może okolica, sąsiedztwo tego jakże reprezentacyjnego obiektu. Obejmowała i znane i lubiane miejsce pracy, gdzie pobrałem czarne długopisy, co abym miał czym pisać dziś, na maturalnym egzaminie z języka ojczystego składającym się z części dwóch. Dałem radę, mówiąc skrótowo, jako że nie chcę się rozwodzić na temat, który wałkowałem już dzisiaj i tak dużo za dużo. Jutro kontynuacja egzaminacyjnych męczarni, jutro apogeum, jutro potop umysłowy, przedmiotowy rodzynek, wyłamujący się z falangi humanistycznych przedmiotów - matematyka. Ostatnie tak banalnie skomplikowane zadania, które przyjdzie mi rozwiązać.. Ale nie mówię hop. Zagryzam wargę i oddaję się sennej regeneracji. Załączam pozdrowienia.
niedziela, 2 maja 2010
Aktywnie.
Po kawie, serniku, radosnej, przykrytej popiołem Sienie, kąpielach w liczbie dwóch, kolejnej rządowo-wojskowej, rodzinnie szarej kawie, po nikotynowo-radzieckim spotkaniu z A., marynarskim pożegnaniu K., zakupy w śmierdzących Szadółkach, gdzie dotarliśmy z wewnętrznym obiegiem wentylacji. Po zakupionych przez M. butkach ruszamy dalej ku IKEA, Bandycka Gejleria i do Sopot! Do miłego!
Domownicy
A jeszcze tak odnośnie domowników z broadwayu... To, że pojawił się Y jest oczywiste. Ale co z B? On tu zostaje? On tu będzie? Co jest? Bo to chyba BAAAARDZO fajnie, jakby był.
Domowo
Troszkę ciężko mi uwierzyć ale jest... domowo. To, na co czekaliśmy miliard lat własnie się stało. Nie dociera. Nic. Jakoś tak... Wydaję się być na chwilę, a jest na zawsze. Dobrze mi.
sobota, 1 maja 2010
Domowo
Po wyczerpującym, wiejskim dniu, odwiedzinach tu i tam, radosny, wyczekiwany powrót do Sopot. Z światłowodem na ścianie, muzyką w głośnikach.. Absolutnie rozkosznie. Znów w domu z M.
Majowa sobota.
Tym nieuchronnym sposobem rozpocząłem przeklęty maj. Cztery dni i - jebs! - na moje barki spada ciężar dwutygodniowej imprezy maturalnej. Także wybywamy w stronę Trójmiasta zająć się odpowiednimi przygotowaniami spod znaku "last-minute". Chociaz cholera wie, gdzie nas poniesie.. Przemiłego weekendu!
piątek, 30 kwietnia 2010
No to jazda...
Wracając do nie potrafienia:
Nie potrafię. Nigdy nie czytałem cudzych blogów*, więc i nie nabrałem ogłady ni poglądu. Co i jak? Nie wiem. Pisać, co robię? Co robię: czeznę. Czekam. Pokrywam się kurzem. Opadem. Wszystkim. Nie chce mi się. Pracować? Przecież piątek.
Ty: w gajerze, zajęty. A ja nad jogurtem 1% czekam.
Już nie długo. Już tylko moment...
*(poza Twoimi dwoma, które przed chwilą znalazłem)
Nie potrafię. Nigdy nie czytałem cudzych blogów*, więc i nie nabrałem ogłady ni poglądu. Co i jak? Nie wiem. Pisać, co robię? Co robię: czeznę. Czekam. Pokrywam się kurzem. Opadem. Wszystkim. Nie chce mi się. Pracować? Przecież piątek.
Ty: w gajerze, zajęty. A ja nad jogurtem 1% czekam.
Już nie długo. Już tylko moment...
*(poza Twoimi dwoma, które przed chwilą znalazłem)
Pożegnanie
Tyłek już mnie boli od lawki, na której siedzę od ponad półtorej godziny. właśnie trwa ceremonia wręczania złotej podkówki. Lecą frazesy w stylu "strażnicy złotej podkówki" i "gdyńska 3. się nie łamie". A więc oprócz obolałego tyłka mam uszy w stanie więdniecia. Życzą mi sięgania gwiazd i pchania świata do przodu. A i wszystkiego najlepszego. Także: wszystkiego najlepszego!
Rozdziewiczanie mareckiego w sferze blogowej.
Dzień dobry!
Mój pierwszy raz. Troszkę późno na początki, ale przecież czego się nie robiło. Byle tylko nie był to słomiany zapał. Byle się tylko udało...
Mój pierwszy raz. Troszkę późno na początki, ale przecież czego się nie robiło. Byle tylko nie był to słomiany zapał. Byle się tylko udało...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
